niedziela, 27 listopada 2016

Luksoka

Hej!
Ktoś się zastanawiał, jakby wyglądał związek Ahsoki i Luksa? Może to wam to coś się spodoba. One-shot jest czymś w postaci "Co by było gdyby" po rozdziale 154 nowego sezonu na moim blogu [KLIK] Dlatego dziś pojawia się ten one-shot. Oczywiście, nie jest on wtedy. Jest w nieokreślonym czasie... chyba... w każdym razie, niezależnie od czasu, pojawią się różnorakie postacie. Ahsoka będzie Ahsoką, Qui-Gon niech odpoczywa w zaświatach.
Edit 10 minut później: Czas wyjdzie w praniu
Proszę o jakieś pomysły, które możecie zostawić w zakładce "Centrum dowodzenia"
Zapraszam do czytania!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
    Słońce leniwie zachodziło między drapaczami chmur. Przez szklane ściany apartamentu słychać było silniki miliona maszyn w każdej chwili przedzierające się przez planetę-miasto. Ahsoka zastanawiała się czasem, jak cywile mogli żyć w środku miasta. Ona, mieszkając w Świątyni Jedi, znajdowała się bardziej na uboczu, czego Rycerze Światła potrzebują - spokoju, wyciszenia.
    - Przepraszam, że musiałaś tak długo czekać - powiedział na powitanie Lux, rzucając na oparcie sofy swoje szaty senatora. Sam ubrany był w najprostsze spodnie młodzieżowe i flanelową koszulę. Niczym superbohater, po odbębnieniu swojej roboty, przebiera się w cywilne ciuchy i jest najnormalniejszym człowiekiem. W przypadku Luksa, takie stwierdzenie jest zabawne.
    - Nic się nie stało. Choć nie ukrywam, cicho tu bez ciebie - przyznała dziewczyna wtulając się w jego ramiona.
    - Już wiesz, jak się czuję. Jestem sam w tak dużym apartamencie. Mam służkę, ale to nic nie da. Audiencje mam raz na jakiś czas, Padme też przychodzi od święta - odpowiedział.
    Dziewczyna oderwała się od niego i przyjrzała mu się. Jego szczękę oblewał lekki zarost, który był specjalnie zadbany.
    - Nadal wściekasz się za tę karę? - zapytał.
    - Tak. Dziesięć miesięcy chodzenia do zwykłej szkoły. A po szkole lekcje, nauka i do tego treningi padawana. Dolicz do tego czas na chłopaka - lamentowała kierując się w stronę kanapy. Opadła na nią, oparła się wygodnie, zdjęła buty i skrzyżowała nogi.
    - Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego - skomentował.
    - Tak, gdyby nie fakt, że osoba winna całemu zamieszaniu, to blond wredna żmija Deturi Killara.
    - Mistrz Windu nie da ci za wygraną. Nawet ja to wiem.
    - Uprzykrzę jej życie, naprawdę.
    - Będziesz mieć naganę. Spokojnie, pomogę ci. To nie takie trudne, jak wygląda - zapewnił.
****
  Minął pierwszy miesiąc, a Ahsoka czuła, że nic jej się w życiu nie przyda. Edukacja dla bezpieczeństwa, to podstawa o wiele gorszych przypadków, których uczono jej w świątyni. Sztuczne oddychanie? Cóż, spędziła tyle czasu na wojnie i przeżyła tyle bitew, że w stu procentach wiedziała iż nie będzie szansy, jakiejkolwiek chwili do zastosowania tego. Wojna zna tylko trzy przypadki ludności: żywy, ranny, martwy.
    Nauka o wierzeniach - Ahsoce przydawała się tam umiejętność "Słuchaj i zapamiętaj", albowiem było to tak ciekawe, że nie trzeba było tego powtarzać. No i nie było zadań.
    Wychowanie fizyczne - bezsens. Dziewczęta brały zwolnienia, bo "niedyspozycja", a Tano miała dość, bo była tak dobra, że aż dostawała ochrzan. Bo za mocno piłkę odbija, ba gra sama z Atari i nie idzie za nimi nadążyć. A dziewczyny czuły się jak w sidłach, nie potrafiły się wyżyć, zaczęły kochać treningi Jedi, mając świadomość, że tam jest dopiero wysiłek fizyczny.
    Togrutanka nie rozumiała na co jej wiedza z rozmnażania. Rodziny założyć nie planowała. Może Lux ma do tego jakieś plany, ale ona jest z nim z miłości, nie z powodu instynktu macierzyńskiego. Zapoznała się z tym już dawno temu, a im więcej jej truto tym dupę, tym bardziej odrażające się stawało.
    Na geografii, nudziła się okropnie. Jedynie co musiała zapamiętać, to liczby. A że po matematyce zapamiętywała wzory, które nie występują na polach bitwy, to już przesada. A fizyka? Gdyby Tera Sinube nie wytłumaczył im po języku "Jedi", to nie wiedzieliby o czym jest mowa. Po prostu język, którego nie znali.
    Sądziła, że wiedza o społeczeństwie da jej jakieś wytłumaczenie na głębsze spory senatu. Jej wiara przepadła, jak kamień w wodę, kiedy musiała pisać notatki o kwaśnych deszczach i uczeniu się oczywistych faktów. Ona ma trzynaście czy siedemnaście lat? W wieku piętnastu wykładała na Mandalorze i poszło jej o wiele lepiej niż tym ważniakom w uniformach.
    - Mam dość - oświadczyła ostatni dzień trzeciego tygodnia drugiego miesiąca.
    - Ahsoka, karę musisz odsiedzieć - upomniał Anakin.
    - Deturi powinna tam gnić! Ja tej szyby nie wybiłam!
    - Ciesz się. Trafiłaś do "A", a nie jak ona, do "C".
    - Ale mi powód do radochy! Nie idę tam.
    - Jeżeli tam nie pójdziesz, postaram się o większą karę dla ciebie.
    - Za co? Za to, że odsiaduję karę przypisaną mi niesłusznie?! Bo obroniłam przyjaciela, po tym, jak moja przyjaciółka wyleciała przez okno przez tą blond wariatkę?!
    - Rada uważa, że o mało by nie zginęła.
    - A Mirlea? Leżała tam połamana. Nadal leży połamana!
   - Ale Rada twierdzi, że sprowokowaliście Det. Mówiła o tobie straszne rzeczy. Że ją prześladujecie, bo pochodzi z Mandalory. Że gardzicie Skiratą i oddziałem Omega oraz Zer, bo zostali wychowani przez Skiratę na rodowych Mandalorian.
    - Oboje wiemy, jaka jest różnica. Różnice są wszędzie, w każdym. Skirata i Zera są cudownymi osobami. Jej rodzina pochodzi od tych, co są rasistami i chętnie brali togrutan do niewoli. A jej ojciec prześladuje dathormirianki. Jedi upadli, są naiwni. Jest sens tu być? Co ty tu robisz? Masz rodzinę. Czemu nie odejdziesz, skoro wiesz, że się na tobie wyżywają, są tobie wrodzy?
    - Bo jesteś tu ty, bo mnie potrzebowali. Bo muszę jakoś zawalczyć. Bo to utrzymuje moją rodzinę. Wszystko co tu teraz robię, jest egoistyczne. Poza jednym aspektem, uczeniem ciebie. To z własnej woli dla ciebie zostałem i z własnej woli cię uczę. Dla reszty, jestem tu z przymusu "Bo tak dam radę utrzymać rodzinę".
    - Czyli ja nie mam co to szukać - stwierdziła młoda dziewczyna.
   - Czemu tak twierdzisz? Dla ciebie jestem i zawsze będę. Nie blokujesz mnie, tylko jak zwykle sprawiasz, że kocham życie. Jestem ci za to wdzięczny, siostro.
****[Pół roku później]
    Ahsoce zostały trzy miesiące odbębnienia kary. Mimo że szczyciła się najlepszym zachowaniem i średnią ocen, popadła w depresję, do której, zbyt dumna, nie zamierza się przyznać. Mimo wszystko, żyła tak samo. Z Luksem układało się jej bardzo dobrze, aż za dobrze. Parę razy o mało nie przekroczyli granicy, którą ona sama sobie wyznaczyła w obawie, że Rada się dowie i cały związek szlag by jasny trafił. Nawet, jeśli po drodze skończyła osiemnaście lat, przez co dostała większe pozwolenia, na przykład: picie mocniejszych trunków w czasie misji, w celu zwabienia swej ofiary w sidła będącymi przesłuchaniem. A, że pełnoletność zaczynała się wtedy, kiedy zostało się rycerzem Jedi, jej nie można było wykorzystać wiedzy z biologii. Podświadomie wyśmiała Radę, ponieważ ma dowód na to, że kara jej się nie przyda.
    Tak naprawdę, punktem kulminacyjnym tego, że Ahsoka ma doszczętnie dość, było uchylenie Deturi kary i zwolnienie jej, za dobre sprawowanie. Dziewczyna wściekła się na naiwność Jedi, bo dyrekcja została przekupiona przez ojca blondynki. Nie mówiąc o tym, że dziewczyna złamała kodeks, bo fakt, że można się wiązać, nie zwalniał z tego, iż dawne więzy rodzinne nadal mają być tajemnicą i nie powinno się szukać swojej rodziny dla dobra ogółu. Togrutanka się nie dziwiła, Killara to zasrany rasista i zwyrodnialec, jakiego galaktyka wyróżnia poprzez specyficzność polegającym na znakomitym fachu.
   Lux cały czas obserwował swoją lubą za każdym razem, kiedy była zła, a zwłaszcza, gdy narzekała na brak sprawiedliwości. Z dnia na dzień, coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że trzeba ją po prostu zabrać i uszczęśliwić. Dyskretnie zaczynał tematy przyszłości, urozmaicał ich związek w spacery, kolacje, wyjścia do teatrów czy muzeów. Ahsoka, choć widziała większość galaktyki, bawiła się dobrze za każdym razem, a on miał tego świadomość. Najbardziej cieszył się z tego, że tylko tyle mógł jej dać, a ona to doceniała. Wręcz uważała za najlepsze.
    Pewnego dnia, namówił Anakina by ten zgodził się na przenocowanie Ahsoki. Choć ta zarzekała się, że nigdzie ze świątyni nie wyjdzie, udało mu się ją przekonać. Sam poszedł po najpiękniejsze i spontanicznie dokonał bardzo trudnego i ważnego wyboru.
   W tym samym czasie, Tano nie wytrzymała psychicznie. Pognała do wieży Rady kończącej właśnie obrady.
    - W czym pomóc ci możemy, padawanie? - zapytał wesolutki Yoda.
    Ahsoka odpięła pas ze shoto i mieczem, po czym rzuciła go na ziemię. Huk oznaczał tylko jedno:
    - Mam dość. Odchodzę - oświadczyła zrywając swoje miano padawana i schowała je do kieszeni. Zamierzała oddać to w ręce Anakina, bo to jemu była posłuszna.
   Wyszła, wiedząc, że podjęła słuszną decyzje. Wyszła, postanawiając, że nigdy już nie wróci. Wyszła, wiedząc, że za murami, u boku Luksa, czeka ją prawdziwe, wolne życie, a w jego ramionach kryje się całe bezpieczeństwo.
****
    Kolana zaczęły go boleć nie z powodu klęczenia na ziemi, bo za krótko wykonywał tę czynność, tylko z nerwów.
    - Ahsoko Tano, czy zechcesz spędzić ze mną resztę życia, jako żona?
    Jak na młodego chłopaka, powiedziane bardzo dojrzale i wykwintnie, aczkolwiek w tamtej chwili, życie, jako syn Miny Bonteri, nie miało wpływu na jego słowa. Po prostu, ze wszystkich pomysłów na tę propozycję, jakie kłębiły mu się w głowie, ta wydawała mu się najlepsza.
    - Tak.

sobota, 5 listopada 2016

Bańki mydlane #3

No cóż... to trzecia i zarazem ostatnia opowieść o losach Tarue. Jest to nawiązanie do pewnych odcinków serialu "Rebels". Przy dopasowaniu informacji w opowiadaniu do serialu, pomagał mi mój przyjaciel, a zarazem mój wierny padawan do usranej śmierci - Bejbe, którego pozdrawiam z całego serduszka <3 br="">
Zapraszam!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
[Cztery miesiące później]
     Opadła na fotel pilota. Jej statek stał nietknięty, ponieważ bardziej budził w mieszkańcach strach niż fascynację. Maszyna stała się obiektem zainteresowań, jak i sama jego właścicielka. Wielu bało się do niej wypowiedzieć jakiekolwiek słowo. Numa, której niektórzy nastolatkowie dokuczali, zyskała opinię nietykalnej dziewczyny, zwłaszcza po incydencie z łopatą, za który dostali od Tarue takie manto, że przez tydzień nie wychodzili z domów. Tarue obawiała się, że w przyszłości będą wspominać o niej w legendach, jako postrach całej wioski, żeby dzieci wcześnie kładły się spać i zjadały cały posiłek.
     Tego dnia miały wylecieć na poszukiwania Obi-Wana Kenobiego. Tarue nie mogła odgonić od siebie obrazu uradowanej Numy, kiedy z ust jej starszej siostry padło pytanie "Opowiesz mi o swoim pomyśle dotyczącym tego Obi-Wana Kenobiego?". Dziewczyna zaczęła tłumaczyć jak nakręcona, w ogóle nie umiała znaleźć punktu zaczepienia, który miał być początkiem jej ustnej odpowiedzi. Gdyby nie Vax, ledwo dałoby się zrozumieć Numę. Podekscytowanie robiło swoje.
     Sprawdziła podzespoły, stan paliwa i zrobiła ogólne przegląd statku. Wszystko było perfekcyjne, na zewnątrz nie zaistniała żadna nowa, choćby najmniejsza, ryska. Zastanawiała się, czemu przez tak długi czas władze nie zainteresowały się tym obiektem. Vax wspominał, że wioska ma bardzo duże przywileje jak na te czasy, lecz sam wyznał obawę, bo od pięciu miesięcy nie przybył żaden transport, a zapasy się kończyły, zaprawy powoli kisły, a powinny być jeszcze raz konserwowane w jakieś fabryce. Wszystko nadawało się do wyrzucenia, a co za tym idzie - wioska może ponieść karę.
     - Co ten złom tu robi?! Co ten złom robi na moich ziemiach?! - usłyszała. Zaraz po tym usłyszała, jak ktoś kopnął w rampę. - Łowce nagród mi tu sprowadziliście? Myślicie, że się uwolnicie?! Będziecie harować, jak woły!
    Wyszła ze statku. Spojrzała na przerażony tłum Twi'leków. Na ich czele stał Vax.
   - Gadaj, nic nieznaczący ścierwie! Chcesz się mnie pozbyć?! - wykrzyczał mu w twarz jakiś imperialny wojskowy.
    - O co chodzi? - zapytała Tarue.
   - Jak śmiesz się odzywać, szumowino? - odszczekał jej. Twarz Twi'lekanki przybrała groźny grymas. - Nie chcesz gadać? - zapytał Vaxa. Twi'lek nadal mu nie odpowiadał. Imperialny odepchnął go i chwycił za szyję Numę.
    - Zostaw ją! - rozkazała mu Taure.
    - Gadaj, ty mała larwo, bo nie chcesz wiedzieć jak cię wykorzystam - zagroził.
   Starsza Venice podeszła do wojskowego, oderwała jego łapę od krtani swojej siostrzyczki i uderzyła go z pięści w twarz.,
    - Mówiłam ci coś! - ostrzegła.
    - Tara, nie! - poprosiła młodsza. Podłapała przezwisko, które nadała Tarue Isla.
    - Jak śmiesz? - zapytał wojskowy. - Poniesiesz tego konsekwencje! Nie jesteś Łowcą Nagród, tylko jakąś lichą buntowniczką, a za bunt grozi kara!
    - Nie stoję po żadnej stronie. Po wielu latach przybyłam do rodziny - poinformowała.
    - To ją wskaż - rozkazał.
    - Nie żyją. Stali się ofiarami bitwy w czasach wojen klonów - skłamała.
    - Ile masz lat?
    - Trzydzieści.
    - W takim razie cała wioska za to odpowie. Jutro spotka was kara.
*****
   - Czemu nie powiedzieliście, jak przybyłam? Pomogłabym wam, mam różne źródła... - powiedziała dziewczyna. Sytuacja mieszkańców była krytyczna.
   - Nie chcieliśmy cię mieszać, Tarue. Wybacz za ten brak zaufania, ale nie wiedzieliśmy czy zechcesz tu zostać, bo są tu warunki jakie są. Ale zostałaś. Myśleliśmy, że nie warto martwić cię tą sytuacją - wytłumaczyła Numa. Skuliła się jak nieśmiała dziewczynka.
    - Dlaczego ci tak zależy? - domyśliła się starsza siostra.
    - Tak - przyznał Vax.
    - Czemu nie powiedziałaś od razu. Nie odwlekałabym tego. Z drugiej strony, nie masz pewności, że to pomoże, zwłaszcza, że wiadomo jaka jest sytuacja - odpowiedziała Tarue.
    - Warto spróbować.
    - A kiedy miałam się dowiedzieć?
    - Przepraszam.
    Tarue mocno przytuliła Numę.
*****
    [Tydzień później]
    Tarue stwierdziła, że na Naboo łatwiej będzie zdobyć jakąkolwiek informacje, choć jest to bardzo niebezpieczne. Cztery lata wcześniej odkryto, że najmłodsza królowa Naboo, Jej Wysokość Apailana, ukrywa pozostałych Jedi, którym udało się uniknąć Rozkazu 66. Darth Vader wraz z Legionem 501 wyruszył na Naboo i pozabijał wszystkich łącznie z królową. Venice nie miała pojęcia czy ktokolwiek zechce jej udzielić informacji na temat jakiegokolwiek Jedi. Ponadto, może wpaść na złą osobę, a wtedy wsypie i siebie i Kenobiego.
    - Czy będziemy mieć chwilę czasu, żeby coś pozwiedzać? - zapytała nieśmiało Numa. Wahała się z tym pytaniem bardzo długo.
    - Tak. Raczej tak. Muszę przeczesać miasto, żeby znaleźć odpowiednie osoby - odpowiedziała z uśmiechem. - Ale to tylko tyle jeśli chodzi o zwiedzanie, bo więcej czasu mieć nie będziemy. Musimy załatwić wszystko najszybciej, jak się da. Oni nie wytrzymają.
    Cofnęła się do wspomnień  sprzed paru dni. Zabrano parę kobiet, a członkom najwyżej rady powyrywano paznokcie. Żeńska część rady nie wróciła. Imperialni obiecali, że wrócą. Na nic się zdały protesty Tarue.
    - Czy nie oberwie im się za to, że jedna osoba zniknęła? - zmartwiła się młodsza.
    - Miejmy nadzieję, że nie, ale to nie tyczy się Vaxa, Nie ma dokumentów, które świadczą o adopcji. To ja mam pełne prawo do opieki nad tobą, a co do tego, Imperium nic nie zmieniało, a przynajmniej na Ryloth. Zabrałam cię, bo jesteś pod moją opieką i nic im do tego
*****
    - Mówią, że wszystkich Jedi wybito.

    - Dziewczyno, na co ci Jedi?! Przecież oni dawno wyginęli, haha.

    - Nie mieszaj się w te sprawy, dziecko, bo będziesz mieć kłopoty.

    - A szukasz kogoś konkretnego?

    - Pfff, komu chce się szukać tych szumowin hipokrytów?

    - Ponoć ktoś jeszcze żyje. Próbuj na zapomnianych planetach. Patrz uważnie. Zmienili się.
*****
    Pierwsza i najbliższa zapomniana planeta, to Tatooine w sektorze obok. Po trzech dniach szukania, dostawania różnych informacji lub wysłuchiwania śmieszków na temat Jedi. Nie da się ukryć, w czasie wojen klonów wszyscy na nich narzekali, choć niewielu doceniało fakt, że to dzięki nim Republika nie upadła. Tarue jakoś dalej nie wierzyła, że to faktycznie Jedi zwrócili się przeciwko kanclerzowi i próbowali go obalić. Bycie generałem nie oznacza próby dążenia do władzy, zwłaszcza, że Jedi żyli skromnie.
    Czy trafiła na złą osobę?
    Czy Imperium ją namierzy?
    Czy to będzie ich koniec?
    - Osada Mos Eisley. Jedno z największych. Tu możemy znaleźć jakieś przydatne informacje.
    - Już możemy wyjść? - zapytała Numa, kiedy wylądowały na obrzeżach miasta.
    - Nie - zaprzeczyła Tarue. - Musimy cię ubrać w coś groźniejszego. To miasto jest zapomniane tylko przez władzę, a nie przez szumowiny. Jesteśmy kobietami, w dodatku Twi'lekankami. Musimy być nieprzyjazne, bo inaczej skończy się to dla nas niewolą. Nauczę cię zaraz doskonałej miny srającego kota na pustyni.
    Kiedy tylko Numa nauczyła się mimiki twarzy oraz dobrano jej odpowiedni strój, wyszły na miasto i zaczęły szukać informacji w barach, a między nimi - w jakiś sklepach, na bazarach.
    - Poszukujemy niewolnika - oświadczyła Tarue przy jednym z nich.
    - Wy? - zdziwił się sprzedawca.
    - My - potwierdziła dobitnie Numa.
    - Po co wam niewolnik?
    - Do zabawy. Chyba że znasz jakiegoś szaleńca? Zniewoli się go i też będzie niezła zabawa - stwierdziła starsza.
    - Szaleniec? Szaleńca mamy jednego. Straszny popapraniec. Nazywa się Ben.
    - Ben? - upewniła się młodsza.
    - Tak... Ben... Beeen... Beeeen... Beeen K... K... Ke... Kebo... Kedo... Keno...? - próbował sobie przypomnieć.
    - Kenobi? - zapytała ostrożnie Tara, aby nie nabrał podejrzeń.
    - O! Tak! Ben Kenobi! Straszny świr, każdy się go boi, ma jakieś porachunki z ludźmi pustyni. Mieszka za morzem wydm. Lepiej się tam nie zapuszczajcie. A niewolników szukajcie po drogiej stronie. Ramio ma dobre okazy. Zapamiętacie?
    - Tak. Ramio - potwierdziła Numa.
    Siostry popatrzyły się po sobie.
    Niecałe pół godziny później wynajęły ścigacz i zapytały kupca o drogę.
*****
    - Nie wygląda, jak dom Jedi - stwierdziła Numa wpatrując się w glinianą chatkę na klifie.
    - Ale wygląda na dom pustelnika i człowieka, którego szukają - powiedziała Tarue. - Chodź. - poleciła podopiecznej i zaczęła wdrapywać się po dróżce.
    - Halo? Jest tu kto? - zawołała młodsza.
    - Ej! - zganiła ją Tara.
    - Co wy tu robicie? - zdziwił się stary człowiek. Był zdezorientowany. No cóż, kiedy jest się uznawanym za szaleńca, to niecodziennie widuje się jakiekolwiek przyjaźnie nastawiony osoby.
    - Obi-Wan Kenobi - przemówiła dziewczyna.
    Starzec przechylił głowę i zmierzył ją wzrokiem.
    - Numa? - zaciekawił się.
    - Pamiętasz mnie - ucieszyła się. - Widzisz, Tarue? Mówiłam ci, że go znajdziemy!
    - Pamiętam cię, ale czemu mnie szukałaś. I z kim mam przyjemność? - zapytał Kenobi.
   - To moja starsza siostra, Tarue Venice. Uciekła w czasie ataku Separatystów na nasze miasto. Niedawno mnie odnalazła - wytłumaczyła Numa.
    - Wejdźcie do środka - polecił im. - Przepraszam za bałagan, ale nie zadaję się z nikim, co pewnie usłyszałyście. Usiądźcie i powiedzcie to, co musicie.
    - Ryloth potrzebuje twojej pomocy - oświadczyła młodsza.
    - To nie jest możliwe, dziecko. Wybacz, ale nikt nie może się dowiedzieć, że żyję.
    - Jesteśmy prześladowani. Torturowani. Ostatnio znaleźli po tobie ślady. I ślady Republiki. Nasza wioska chce to odbudować. Myśleliśmy o buncie. Nie mamy co jeść. Nie przyjeżdżają po zbiory, wszystko się psuje, a my nie możemy tego dotknąć. To przedsmak. To, jakie mamy kary, jest niewyobrażalne.
    - Jesteś łowcą nagród - zwrócił się do Tarue.
    - Zgadza się.
   - Nie mogę mieszać się w te sprawy. Jeśli chcecie buntu, dołączcie do Rebelii. Mogę wam przekazać informację, gdzie ich znajdziecie i zawalczycie z nimi. Tylko tak zdołam wam pomóc.
    - Ale czy to pewne? - zapytała Tara.
    - To jedyna słuszna droga, jeśli chcecie buntu na wielką skalę.
*****
    Dym unosił się do nieba. Co chwila jakiś dom upadał, a gruzy paliły się dalej. W jednym miejscu leżały trupy, których nie oszczędzał ogień.
    Miasto już dawno przestało istnieć.
    Ale nadzieja umiera ostatnia.

sobota, 8 października 2016

You must finish ship Jagła, the Sobi is everything!

Witam!
Dziś jest 15 października i tego dnia moja przyjaciółka, Sonia (aktualnie Oswin Oswald) obchodzi urodziny. Życzmy jej sto lat!
Ponadto, Patelnio, twój Poniatowski ma dla Ciebie prezent ^__^ Jak widzisz po tytule, to Sobi, które wymęczyłaś na mnie przez wiele miesięcy :D Mam nadzieję, że ci się spodoba. Dziewczyny, Jawa i Dziecinka, mi pomagały. Przez nie kanon poszedł sobie w las i tutaj nie wróci. Także no ... miłego czytania XD Wiem, że nas kochasz XD
*wątek jest napisany przez Dziecinkę, pewno w wordzie, bo czcionka i myślniki. Zrobiłam lekką korektę (bądźmy z niej dumne, tak wiele już umie)
*ten wątek napisany przez Idę
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
      Wyłoniła jedno oko zza rogu patrząc na medytującego chłopaka. Na jego widok odruchowo się zaczerwieniła. Miłość dla Jedi jest zakazana i nigdy nie powinni mieć styczności z namiętnością, więc czy mimo tego zakazu, wiedziała co to jest miłość? Miała szesnaście lat, niby w tym wieku hormony i te sprawy, ale czuła, że to jest to. To COŚ zwane MIŁOŚCIĄ.
    Kiedy jej obiekt westchnień, Obi-Wan Kenobi, otworzył oczy wybudzając się z medytacji, dziewczyna natychmiast ukryła się za ścianą. Po chwili usłyszała głos Mistrza Qui-Gon'a Jinn', ale nie to, co mówił, bo z uśmiechem na twarzy pobiegła przed siebie z nadzieją, że spotka gdzieś swoją przyjaciółkę. Choć truła jej tyłek twierdząc, że kiedyś będzie z Obi-Wanem, a ich ship będzie nosił nazwę "SOBI", to wiedziała, że Kiwi i Jawa nigdy jej nie zawiodą.
     - Aua! - krzyknęła pocierając czoło, które zaliczyło spotkanie z czyimś nosem. Osobą cieszącą się bólem nosa... była Meg! Meg, trzy lata młodsza od Soni i Obi-Wana dziewczyna przyjaźniąca się z tym drugim.
     Na policzkach starszej dziewczyny pojawiły się rumieńce. Dowalić w dobrą przyjaciółkę swojego obiektu westchnień? Lepiej być nie mogło! No po prostu świetnie!
     - Przepraszam - powiedziała speszona do młodszej padawanki.
   Blondynka roześmiała się pocierając nos. Zdecydowanie bolało, ale nie doszło do żadnego złamania. Meg nadal będzie mogła wdychać prostym nosem cudowne zapachy wyłaniające się ze świątynnej stołówki.
     - Gdzie się spieszysz, Soniu? - zagadała. Dziewczyny znały się trochę, ale przede wszystkim dzieliły wspólną pasję. Popołudnia spędzały w bibliotece. Tam, na każdym komputerze, można dostać się do swoich zastrzeżonych folderów. U Meg, w jednym z nich, jak i u Soni, mieściły się opowiadania.
     - Śpieszę się do przyjaciółki. Takiej jednej Kiwi - odpowiedziała Sonia wstając.
    - Słyszałam o niej, a dziś ją nawet widziałam - oświadczyła ze śmiechem. - Przepraszam, nie obraź się, ale wywaliła się na schodach! - Obydwie wybuchły śmiechem.
    - To w jej stylu - skomentowała Sonia, kiedy się uspokoiła.
    - Chyba ci się spieszy. Nie będę cię zatrzymywać. Do zobaczenia kiedy indziej - pożegnała się, ale kiedy tylko zrobiła trzy kroki w przód, zatrzymała się, odwróciła i spojrzała w stronę Soni, która w ogóle nie ruszyła z miejsca. - Nie wiesz czasem czy jest tam Obi-Wan?
    Serce Soni zaczęło szybciej bić.
    - Jest - udzieliła informacji starsza. W sercu poczuła żal. Nigdy nie będzie jego.
   Meg popatrzyła zmartwiona na starszą dziewczynę i sięgnęła wspomnieniami do ich pierwszego spotkania...
**** [By: Magda Kenobi aka Meg Skywalker]
Meg przeskoczyła przez kolejnego robota. Stołówka w Świątyni była pełna mistrzów i rycerzy Jedi. Miała niecałe pięć minut do treningu, a nie jadła śniadania. Jeśli spóźni się na zajęcia do Yody, to stary zielony gnomek ją ukatrupi. To byłoby czwarte z rzędu… O nie. Już sobie wyobrażała, jak wiekowy Mistrz wali ją po głowie swoją gimerową laską.
W końcu udało jej się zdobyć coś do jedzenia, a mianowicie dwie mandarynki z Mandalory. Niezbyt pożywne śniadanie, ale lepsze to, niż nic. Dosiadła się do stolika, przy którym Obi-Wan Kenobi delektował się suszonym mięsem.
– O nie, mój mistrz mnie zabije. Już jestem spóźniona – mruknęła dziewczyna, pospiesznie przeżuwając swoje „śniadanie”.
– Z tego co wiem, twoje spóźnienia są już normą. – Chłopak uniósł brwi.
– Bardzo śmieszne. Spadam.
Meg już miała biec na trening, ale oczywiście, jak zwykle, wszystko zepsuła. Przy wstawaniu zahaczyła kolanem o stół przewracając go, i wszystko co na nim stało, na Kenobiego. Cały sok wylał się na jego głowę i ubrania. W dodatku, stojący za nimi mistrz Plo, został potraktowany suszonym mięsem.
– No teraz to na pewno się nie spóźnisz –Przewrócił oczami szesnastolatek.

– Oboje zasłużyliście na nauczkę. – Kamienna twarz Jinna nie sugerowała nic dobrego. Meg i Obi-Wan stali ze spuszczonymi głowami przed radą Jedi. Zaliczyli nie tylko spóźnienie. Dziewczyna zastanawiała się, co tym razem będą musieli zrobić. Bieganie w kółko cały dzień? A może wypolerowanie wszystkich podłóg w Świątyni? Kto wie, co wymyśli tym razem Windu.
– Waszym zadaniem zupełnie coś innego jest – odezwał się Yoda, jakby czytał w myślach dwojga padawanów. – Znaleźć łowcę nagród słynnego, musicie. Fist Roy.
Zrobili wielkie oczy.
Łowcę nagród? Wytropić? Sami?
– Ale sami mamy go wytropić? – spytała Meg.
– Sami – powiedział Mace. – Prawdopodobnie to on zabił senatora z Ryloth, by przejąć jego majątek. I uważajcie… To nie jest zwykły przypadek. Obawiam się, że zadanie przekracza wasze umiejętności.
– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, mistrzu – Skłonił się nisko szesnastolatek.

Chodzili po dolnych poziomach Coruscant. Informacje, które zebrali, na nic się nie przydały. Nigdzie nie mogli zlokalizować tego durnego łowcy głów. Meg domyśliła się już, dlaczego dostali takie a nie inne zadanie. „Trzeba uczyć się cierpliwości”. Dobra, ale czemu aż takiej?! Chyba od sześciu godzin tropili tego cholernego typa, ale nadal nic nie wyczuli. Obi-Wan jednak był nadzwyczaj cierpliwy.
– Jak ty to robisz? – spytała go w końcu przyjaciółka.
– Szczerze to nie wiem. Po prostu strasznie chce mi się spać. No i jestem starszy – wyszczerzył się. Nienawidziła, gdy po raz kolejny uświadamiał jej, że jest większy i lepszy. Lubiła go i widziała w roli przyszłego Mistrza Jedi, ale czasami miał ochotę posiekać go mieczem na kawałeczki.
– Ale ja mądrzejsza – prychnęła.
– Od razu widać, że mi zazdrościsz – brnął dalej. W tej chwili dziewczyna spoważniała i gestem nakazując ciszę. Oboje wyczuli w Mocy ruch obcej istoty. A raczej istot, gdyż ewidentnie były dwie.
Nie tracąc czasu, schowali się za jednym z kolorowych, świecących banerów. Na szczęście dla Jedi skoki powyżej czterech metrów nie były niczym trudnym. Oboje zanurzyli się w Mocy i wsłuchali w rozmowę dwóch podejrzanych spacerowiczów.
– Zbijemy fortunę. Jedi zapłacą nam za niego jeszcze więcej. Mówię ci, powinieneś to przemyśleć! – powiedział pierwszy.
– Nie będę się w to bawił. Znajdziemy kogoś, kto zapłaci nam jeszcze więcej niż sami Rycerze pokoju. To wprost idealny pomysł na ubicie interesu. I żaden mały, głupi doradca nie będzie rozkazywał panu. To cud, że jeszcze żyjesz.
Pierwszy otworzył usta, ale nic nie powiedział. Gdyby posłuchali go, ubiliby interes życia. Ale Fist zawsze chce przedobrzyć.
Kenobi westchnął, z ekscytacją patrząc na tych dwóch. Fist Roy był tutaj. Moc mówiła im prawdę.
– Na trzy – szepnęła Meg. Niestety, jak zwykle za głośno.
Łowca obrócił się w ich stronę, a następnie strzelił. Obi-Wan zdążył wychylić się i odbić strzał swoim mieczem świetlnym, co skutkowało wyjawieniem się. Dziewczyna zamachnęła się swoją bronią świetlną, aby odbić strzał, ale spadła.
– OBIIIIII! – krzyknęła, ale było już za późno. Spadła w przestrzeń, może już na zawsze tam zostanie… To może koniec. Jej życiowa chwila dokona się… Gdy ona będzie przeżywać oświecenie… Leżąc dwa metry niżej i przeklinając swoją niezdarność.
Podniosła się pocierając głowę. Na szczęście nie było aż tak źle. Tylko nieco się potłukła, a Obi-Wan nadal odbijał strzały z banneru.
– Głupi łowcy. – Stanęła na nogach, szukając przy pasie miecza świetlnego. Już miała stanąć do walki, gdy została zmiażdżona przez swojego starszego kolegę. Stoczyli się z dachu jakiegoś malutkiego budynku, na którym byli, wpadając na kogoś.
– Prze… praszamy – odezwał się Obi-Wan, widząc, że leży na szesnastoletniej dziewczynie o blond włosach. Cudownie, Padawan Jedi napada na bezbronnych przechodniów.
****
     Pognała do pokoju Kiwi bo i tak nie miała co robić a krążenie po świątyni nie wchodziło w grę, skoro z innymi osobami zderzała się jeszcze boleśniej niż z Meg. Stwierdziła, że nie powinna bujać w obłokach - jej życie zdsje się wtedy bardziej skomplikowane i demotywuje.
    - Co za koszmarny tydzień! - poskarżyła się rudej lądując na łóżku. Pokój Kiwi był pokojem jej przyjaciół. Wchodzili do pomieszczenia bez uprzedzenia, częstowali się przemyconymi słodyczami. Czuli się, jak u siebie. Lecz istaniało jedno "ale" - nikt nie mogł chodzić bosymi stopami po jej łóżku i każdy jej góść miał przestrzegać higieny.
     - Ani mi nie mów. Dostałam egzaminy teoretyczne i pięć z nich nie zaliczyłam, bo nie wyrabiam! - odpowiedziała Kiwi kreśląc kolorami kartki flimsiplastu.
    - Opuściłaś się - zauważyła Sonia.
    - Niestety - przyznała krótkowłosa. - Co ci się stało? - zapytała zaintrtgowana.
    - Obi-Wan.
    - Nie rozumiem cię.
    - Kiedyś zrozumiesz.
   - To Ida tak twierdzi. Nie śpieszy mi się do spróbowania.
    - Masz jakieś żelki? - Sonia schyliła się i wyciągnęła spod łóżka karton słodyczy. - Serio? Nie uzupełniłaś zapasów?
    - A miałam kiedy? Jedz co jest.
[Jakiś czas później]
      Po świątyni Jedi rozniosła nowina, o tym, że Mistrz Yoda bierze ślub z... Mistrzyni Yaddle. Skąd ten pomysł? Nikt nie miał pojęcia. Ba! Nikt nie podejrzewał, że Yoda by się pisał na takie życie! Cóż, zdziwienie mieszało się z fascynacją oraz... z dylematami. Co Sonia Oswald miała począć, kiedy nie znalazła żadnego partnera na wesele? Tak bardzo miała nadzieję, że uda jej się z Obi-Wanem, ale to taki nieśmiały chłopak. A ona do niego nie podejdzie, o nie!
    Kiwi powiedziała: "Masz trzy miesiące, spokojnie, pomogę ci". Skończyło się na tym, że każda chęć dziewczyny była tłumiona przez Sonię, trzy miesiące się zmarnowały i Sonia dal nie miała partnera podczas gdy: Meg stwierdziła, że będzie śpiewać, więc partnera nie chce; Jawa zaprosiła Anakina Solo, a Kiwi skradła serduszko jakiegoś Alana i uznała, że to właśnie z nim chce pójść w tango.
   W końcu ani Kiwi, ani Jawa, ani Meg nie zdołały wytrzymać tej sytuacji, więc zebrały się w naradzie. Meg reprezentowała Obi-Wana Kenobiego, a starsze dziewczyny Sonie Oswald. Bo przecież swatanie, to właśnie jest priorytet.
    - Dobra, postawmy sprawę jasno - zaczęła Kiwi. - Co Obi-Wan sądzi na temat Soni.
    - Robi się czerwony i zaczyna się jąkać, kiedy o niej wspomnę - udzieliła informacji Meg. - A co z Sonią?
    - Ona jest nieśmiała, ale na sto procent się zakochała - odpowiedziała Jawa.
    - Trzeba ich tam wyciągnąć. Siłą - zdecydowała młodsza.
    - Ej, halo! Priorytety dzisiejszej młodzieży im nie pozwalają! Na holofacebooku nie wysłali sobie zaczepek, nie czatowali, ani dołączyli do wydarzenia...
    - Kiwi - przerwała Jawa. - Powagi. Czekaj, jest jakieś wydarzenie?
    - Tak, ale osobiście do niego nie dołączyłam - przyznała z udawanym smutkiem rudowłosa(Kiwi).
    - Phi, wstydziłabyś się - skomentowała Jawa.
   - Jak ja mogłam? Tak bezwstydnie nie dołączyć do wydarzenia. Co ja sobie wyobrażam! - lamentowała najstarsza.
    - Wiem! Podajmy im energetyki! W Netto są tanie - zaproponowała Meg.
    - O nie! Zapomnij! Z Netto nigdy w życiu! - zaprzeczyła Kiwi.
    - Czemu nie? - zaciekawiła się najniższa z nich.
    - Jawa, to odurza. Ale tylko te z Netto. Oczywiście, nie jakoś bardzo, ale odpierdziela ci, jakbyś była pijana i niewiele ogarniasz - wytłumaczyła.
    - Ej, ale wiesz, to jest dobry pomysł - odezwała się Meg. - Można ich skłonić do tańca i wielkie lawstory! Poza tym, śniło mi się, że skaczą po dachu po wypiciu energetyka.
   - Cóż... nie jestem przekonana po wytłumaczeniu Kiwi... musimy wymyślić co innego - powiedziała ostrożna Jawa.
****
    Pomysł Meg został odrzucony, ale ostatecznie skończyło się na tym, że jej sen się spełnił. Bez wypicia jakiś napojów, skakały podachu, bo okazało się, że pewna męska postać w Pretty Little Liars przeżyła i zaczęły szaleć z radości skacząc po dachu w sukienkach.
    - Co im jest? - zapytał Obi-Wan podchodząc do Jawy i Meg.
    - To jest, mój drogi, fangirl - odparła Jawa przypominając sobie sytuację sprzed tygodnia.
** 
* Tuż przed nosem Kiwi przemknęła niekontrolowana burza, a dokładniej dwie krzyczące nastolatki, które najwyraźniej za cel życiowy obrały urozmaicanie sobie życia w ten właśnie sposób.
   - Musisz to zobaczyć! - krzyknęła po raz kolejny blondynka.
Telefon w jej ręce wskazywał na jedno – kolejny fanart ryjący psychikę bardziej niż filmiki na Youtube.
   - Nie zniszczysz mi życia! - odpowiedziała Ida, ukrywają się za kolumną.
Szaleńczy bieg zdecydowanie nie był jej ulubioną dyscypliną sportową.
     - Ale to jest piękne!
   - Taa, jasne! I będzie tak samo jak wtedy! Snape i McGonagall... kto to w ogóle wymyślił?
     - Ha! Czyli jednak to widziałaś!
     - Co, ja?
 Sonia zatrzymała się i uśmiechnęła triumfalnie. Już miała pokazać przedmiot całej tej afery, kiedy Ida niespodziewanie wyjęła telefon.
    - Nie! - wykrzyknęła Sonia.
    - Tak! Fred nie żyje!
**
    - Chyba czas je ściągnąć - stwierdziła Jawa. - Obi-Wanie, zatańczysz? - zapytała chłopaka.
    - To mamy je ściągnąć czy tańczyć? - dopytywał.
    - Nie ze nią. Z Sonią! - uniosła się Meg, jakby to było tak oczywiste.
    Chłopak się zarumienił.
    - Dobra, idę po nie - postanowiła Ida i ruszyła w stronę dachu.
****
    - No idź! - przekonywała Sonię Kiwi, kiedy już się uspokoiły. Niższa pchała wyższą na parkiet, gdzie z drugiej sali Skywalkerówna miała zaciągnąć na środek Obi-Wana Kenobiego.
    - Nie! - sprzeciwiła się blondynka zapierając nogami. Na stopach miała leciutkie balerinki, przez co lepiej było jej utrzymać równowagę.
    - Tak! - podjęła decyzję Ida i obydwie zaczęły przepychać przyjaciółkę. Ukradkiem widziały, jak Kenobi niechętnie daje się przekonać. - O Mocy! - zareagowała podekscytowana.
   - Oj, nie! - Ta jedna chwila straty kontroli przez Sonię sprawiła, że znalazła się na wypolerowanych panelach na środku sali. Dziewczyny uciekły w inne strony.
    - Eee... no to nas wpakowały - wymamrotał chłopak.
    - Nooo... tak - przyznała Sonia.
    Przez chwilę stali jak dwa slupy soli, ale kiedy w tle rozbrzmiał wolny kawałek, Obi-Wan odezwał się wyciągając dłoń:
  - Zatańczysz? - zaproponował speszony. - Nie sądź, że robię to pod presją, pytam z własnej inicjatywy.
    - Pewnie - zgodziła się.
    Wziął jej lewą dłoń w swoją, a prawą rękę położył na biodrze dziewczyny.
    - Pozwól, że poprowadzę. - Wysunął nogę w przód i ostrożnie, w rytm powolnej muzyki, zaczął krążyć po sali wśród innych par.
    Sonia stwierdziła, że za maską nieśmiałego chłopaczyny krył się bardzo dobry tancerz.
    - Skoro i tak nas wkopali, to nie mam nic do stracenia - stwierdził.
    - W sensie jakim? - zmieszała się.
    - Cóż, unikałem cię, a dopiero ten wieczór...
    - Tak?
    - Eee... noo... ugh! - nie wytrzymał i pocałował dzjewczynę.

sobota, 24 września 2016

Bańki mydlane #2

Zapraszam Was na drugą część one-shota.
Wiem, że koniec jest trochę śmieszny (Pozdrawiam Jawę xD)
Mam nadzieję, że się spodobało ^^
Ze specjalną dedykacją dla Meg,
żebyś kiedyś znalazła swojego Waxera i Boila.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
     Numa podniosła się z krzesła patrząc na Tarue i ostrożnie przesuwała się w jej stronę. Chciała lepiej przyjrzeć się swojej siostrze. Dwunastolatka, którą Numa miała we wspomnieniach, znacznie się zmieniła. Przede wszystkim - była kobietą. Urosła, nabrała masy, a dzięki temu mogła się pochwalić kobiecymi, idealnymi krągłościami. Jej twarz była o wiele piękniejsza zwłaszcza, że nie miała na sobie choćby grama makijażu. Jej usta i nos... Numa zazdrościła swojej siostrze, ale pocieszała się, że w przyszłości prawdopodobnie stanie się równie piękną kobietą... w końcu, wierzyła, że Twi'lekanka stojąca w przejściu, to Tarue - jej siostra.
       Numa rzuciła się w ramiona siostry, a Tarue równie mocno ją uścisnęła.
       - Wróciłaś - odezwała się Numa ze łzami w oczach.
      - Nawet nie wiesz, jak strasznie czekałam na tę chwilę - odpowiedziała Tarue. Jej policzki były mokre od łez, przez co poczuła, że twarz jej zesztywniała. Nie lubiła tego uczucia, ale ta szczęśliwa chwila sprawiła, że wcale jej to nie przeszkadzało.
      - Zostawiam was same. Powinnyście wytłumaczyć sobie to i owo - stwierdził Vax i wyszedł z domu.
      - Usiądźmy - zaprosiła Numa i zajęła swoje poprzednie miejsce. Jej siostra wybrała krzesło na przeciwko. Nagle nastała niezręczna cisza. - Która pierwsza opowiada?
      - Myślę, że ja. Patrząc na to, jakim statkiem tu przyleciałaś... moja historia będzie krótsza.
      - Zamieniam się w słuch. - Tara uśmiechnęła się zachęcająco.
    Numa wstała od stołu, podeszła do kuchennego blatu i wyjęła kubki oraz talerz. Na talerz wysypała paczkę ciastek, a w kubkach zaparzyła herbaty. Postawiła je na stole i znów usadziła się na niezbyt wygodnym krześle. Jęknęła, zaśmiała się nerwowo i zaczęła opowiadać:
      - Kiedy uciekłaś, zawaliła się część domu. Rodzice kazali ukryć mi się gdziekolwiek, a sami zostali złapani przez Separatystów. Coś tam do jedzenia znalazłam, ale bałam się wychylać. Kiedy nadeszła armia Republiki, zaryzykowałam i wyszłam z ukrycia. Obserwowałam dwóch klonów, nazywali się Waxer i Boil. Ugryzłam Boila w palec, bo się go bałam. Poczęstowali mnie jedzeniem, bo byłam głodna. Jak ściągnęli hełmy... nazwałam ich braćmi. To przeczucie, czułam, że mi pomogą. Jak powiedziałam "Brat", to zaczęli tłumaczyć jak mają na imię - zachichotała wspominając, a Tarue razem z nią. - Poszli, a ja za nimi, mimo że najpierw się bałam. Pobiegłam do naszego domu, znaleźli twojego misia, którego mi dałaś. Przytulili mnie, ale z wahaniem. Chyba niewiele uczuć sobie okazywali albo nie było im wolno. Przeprowadziłam ich tunelami, a oni zaprowadzili mnie do swojego dowódcy. Obi-Wana Kenobiego. Spotkałam bohatera Republiki. Zaprowadziłam ich do jeńców. Byli tam rodzice. Kiedy Obi-Wan Kenobi poradził sobie z Separatystami - odszedł. Żołnierze pomogli posprzątać i oddelegowali się. Przenieśliśmy się tu.  Kiedy nadeszły czasy Imperium, rodzice podjęli pracę z ruchem oporu na naszej planecie. Po roku działań - nie wrócili. Wyjechali do stolicy w celu załatwienia pewnej ustawy. Imperium zamknęło ich w pomieszczeniu z paroma żołnierzami, a ci rozstrzelili wszystkich. Ja zostałam pod opieką Vaxa. Imperialni przyszli do naszego domu i go rozwalili. Mnie nie znaleźli, za to rodziny innych obecnych tam - owszem i to bardzo szybko. Czekałam tu na ciebie.
     - I wróciłam - wskazała na siebie Tarue.
     - Opowiedz co się działo z tobą - poprosiła Numa.
    - Trafił jakimś transportowcem na Coruscant. Zanim tam wylądowałam, przeżyłam nieprzespane noce wśród kanalii...
****
     - A co taka mała dzieweczka tu robi? - zapytał kąśliwie jakiś Dug. - Czyżby szukała pracy przez brak rodziców? - zagadnął oblizując wargę.
     - Chyba nie myślisz, że zechce się zabawić z takim ohydnym gadem, jak ty. Prędzej wybierze mnie! - krzyknął jakiś Thyferranin - Prędzej ze mną zechce spędzić upojne noce.
    Tarure patrzyła na nich z przerażeniem. Kącikiem prawego oka ujrzała dobre wyjście na ucieczkę i tak zrobiła - nagle puściła się biegiem w prawo i słyszała za sobą szuranie krzeseł i krzyk mężczyzn:
     - Gdzie biegniesz?! I tak cię znajdziemy!
****
    - Kiedy zjawiłam się na Coruscant byłam w szoku. Tułałam się przez parę godzin po dolnych miastach. W końcu zjawiła się jakaś starsza kobieta. Nazywała się Isla. Przygarnęła mnie i tak z nią żyłam...
****
     Tarue usiadła między ścianą, a beczką. Z tyłu miała ślepy zaułek. Siedziała tak... z dwie godziny? Obserwując miasto i życie na dolnym poziomie nie zauważyła starszej kobiety, kiedy do niej podeszła. Owa staruszka miała ładny, znoszony fioletowy kombinezon. Wyglądała na około sześćdziesiąt siedem lat, ale bardzo dobrze się trzymała, a ubranie leżało na niej idealnie.
     - Zgubiłaś się? - spytała "babcia".
     - Nie - odpowiedziała dziewczyna.
     - To co tu robisz? - dopytywała się kobieta.
     - Nie mam tu nikogo. Dziś przyleciałam, uciekłam z Ryloth przed wojną...
     Staruszka przyłożyła palec wskazujący do ust i nakazała dziewczynie milczeć.
    - Chodź ze mną. Nie bój się, zaufaj mi. Jestem Isla. Zabiorę cię do siebie i tam mi wszystko opowiesz - zaproponowała Isla.
****
    - Przez kolejne sześć lat wychowywała mnie. W wieku trzynastu lat poszłam do pracy. Pracowałam w dwóch knajpach, na zmywaku. Dobrze płacili, póki niedoszły czasy Imperium. Mówi się, że Darth Vader gdyby całe trzy dni wyrzucał swoje kredyty, to nadal miałby ich pełno w swoim skarbcu. Jak to możliwe, że żyłyśmy w takiej biedzie? Przynajmniej Isla nie została sama na starość.
     - U nas jest gorzej ze zbiorami. Większą część nam zabierają, nie mamy zbytnio z czego żyć. Trochę ukryliśmy, ale to jest ryzyko, parę razy dobrze przewertowali dane upraw i oszacowali. Każdy schowany gram, to ryzyko, brak lojalności wobec Imperium...
     - "Ku chwale Imperium!" - zacytowała główną mantrę nowego rządu.
     - Jeśli jesteś jako wojskowy na wysokim stanowisku we flocie, to możesz to wykrzykiwać aż do usranej śmierci - powiedziała Numa. - Wybacz, przerwałam ci. Kontynuuj.
     - W dniu osiemnastych urodzin Isla przygotowała tort. Bardzo pyszny, a słodyczy nie jadłam parę lat. Ostatni raz z tobą. Nie chciałam prosić Isli o wydawanie pieniędzy na durnoty, zwłaszcza potem. Były to najlepsze, najgorsze i ostatnie urodziny w moim życiu. Najlepsze, bo było wyjątkiem, ostatnie, bo nigdy więcej nie obchodziłam urodzin i nie zamierzam. Najgorsze, bo trzy dni później odeszła Isla.
****
     Stała przed domem, a wiatr, wywoływany szybkimi ścigaczami lecącymi dość nisko, rozwiewał jej lekku. Był środek dnia, który dla Tarue przybrał ciemnych i żałobnych barw. Razem z Islą mieszkała na "górze", na ulicach mieszczącymi się między drapaczami chmur. Z jednej strony, dość wysoka pozycja jak na zwykłego Coruscańczyka, a i tak żyły w biedzie. Isla wyliczała co do grosza, żeby starczyło na czynsz i nie musiały wybierać się na dolne poziomy.
     Isla wiele razy opowiadała dziewczynie o czasach, kiedy była pielęgniarką. Praktycznie cały czas bywała na dolnych poziomach i nic się nie zmieniło, prócz tego, że w odpowiednim wieku musiała odejść z pracy. Od tamtej pory, przychodziła do swoich dawnych pacjentów w odwiedziny i dawała porady. Mimo względnego przystosowania się do warunków panujących na dolnych poziomach - nie zamierzała tam mieszkać. Twierdziła, że przez częstość występowania chorób w tych częściach Coruscant, zeszłaby ze świata żywych już dawno temu. Uważała, że zaszkodziła swojemu zdrowiu wystarczająco przez styczność z chorymi. Osobiście, Tarue stwierdziła, że jak na taką częstotliwość, babunia trzymała się nieźle.
     Z jej domu wyszli żołnierze ze służby cywilnej oraz dwóch facetów z kombinezonach świadczących o tym, że pracują przy trupach. Tarue nie miała pojęcia, jak ich praca się nazywała.
    - Zostanie wywieziona do krematorium i spalona z innymi. Chyba że masz wystarczająco dużo pieniędzy, aby godnie ją pożegnać - powiedział komisarz. Zrobił to specjalnie. Powiedział to celowo, zachowując się, jak idiota. Na Republikę, przecież to logiczne, że nie miała pieniędzy, inaczej nie wezwałaby tej organizacji. Albo gość jest serio cwany, bo mógł się zorientować, że dziewczyna gdzieś jednak ma swoje oszczędności, pracuje (za marne grosze, ale w końcu pracuje i ten fakt jest idealnym argumentem na to, że ją "stać"), ale nie na tyle, aby zorganizować kobiecie godny pochówek w szybkim czasie.
     - Nie mam więcej - powtórzyła.
    - Na pewno? - dopytywał. Co to w ogóle za karygodne pytania?! Co go to obchodziło?! Co za egoista i naciągacz!
     - Żegnam - oświadczyła ostro wskazując drogę do jego środka transportu.
****
     - Co za bezczelny typ - skomentowała Numa.
    - Taak. W tym domu się dusiłam. Próbowałam jak najszybciej się stamtąd wydostać. Nagle od jakiegoś Hutta wyszło zlecenie. Zabiłam jakiegoś gościa. Byłam lepsza niż nie jeden snajper. Wiesz ile czasu szukali tego gnojka? - uśmiechnęła się dziewczyna. - Kiedy przyniosłam głowę tej łajzy, dostałam więcej za samą odwagę i swój wiek. Co ma to wspólnego? Nie wiem, ale skoro przyniosło mi to korzyści, dzięki którym mogłam jak najszybciej wyrwać się z tego miejsca, to się zgodziłam.
     Numa wyglądała, jakby starsza siostra ją zawiodła. Tak było.
     - Jak mam brać z ciebie przykład, skoro pozbawiasz życia? - zapytała smutna.
     - Dla rodziny byłam gotowa zrobić wszystko. Inaczej bym tu nie wróciła. Zrozum mnie.
     - Czy to, co ze sobą przywiozłaś...
     - Tak... to pieniądze z zleceń. Możemy pojechać na jakąś wycieczkę.
     - Odszukajmy Obi-Wana Kenobiego! - zaproponowała Numa.
   Tarue roześmiała się radośnie, ale po paru sekundach przestała. Mina jej małej siostrzyczki informowała, że młoda nie żartuję.
     - Numa, ty żartujesz, prawda? - zapytała ironicznie Tara.
    - Nie. Powiedziałaś, że możesz lecieć gdzie chcesz, masz pieniądze. Obi-Wan Kenobi nie zginął, bo nigdzie nie ma informacji o jego śmierci. Nadal go szukają. Czemu mielibyśmy go nie znaleźć? Posłuchaj, to, że tu ślęczałam tyle czasu, nie oznacza, że nie mam swoich planów przeciwko Imperium. To, co zrobili rodzicom - jest niewybaczalne. To, co robią tutaj - również. Skoro możesz nas zabrać w wiele miejsc, zrób to. Mój zapał jest wielkim buntem, który mimo wszystko, ma bardzo dużą wartość. Wiem, że formują się jakieś ruchy oporu, a Jedi są szukani przede wszystkim przez przeciwników nowego ładu.
    - Wielu poległo na Naboo cztery lata temu, Numa. Nie jestem pewna czy w ogóle opłaca się kogokolwiek szukać. To ich sprawa - próbowała przemówić siostrze do rozumu. Tarue, obawiała się najgorszego.
     - Chciałaś powiedzieć "Wasza". Moje zainteresowanie tą sprawą sprowadza do wspólnoty. Chcę dołączyć do któreś z tych grup - oświadczyła trzynastolatka.
     - Co proszę?! - wybuchła starsza. - Chcesz narażać swoje życie? Nie, czekaj. Nie dość, że chcesz się podjąć nieodpowiedzialnych zadań, a tak naprawdę lepiej żyć i na uboczu i się temu przyglądać, w dodatku wykorzystując w tym mnie? Ja nie po to zbierałam kredyty, żeby tułać się po galaktyce wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu buntowników, tylko żeby zapewnić godne życie naszej rodzinie, która aktualnie liczy sobie tylko dwie osoby. Ponadto, ta rozmowa... z jednej strony, świetnie - od razu nabrałyśmy kontakt, jak prawdziwe siostry, które spędzały ze sobą dzień w dzień, a z drugiej nie powinnaś zaczynać tego tuż na początku. Mogłabyś poczekać przynajmniej jeden miesiąc!
    - Jeden miesiąc może zmienić wszystko! - odpyskowała młodsza.
   - Gdybyś uważnie obserwowała... każdy mówi o wadze kolejnego dnia odkąd tylko Imperium zaczęło działać, a nie zmieniło się ni w ząb! Siedź na razie na tyłku! Nie chcę cię zniewalać, ale daj nam czasu. Trzeba sobie wszystko wyjaśnić. Powierzchowna rozmowa nie da nam żadnych rezultatów.
     - Ja dużo nad tym myślałam. Gdybyś miała jakieś pojęcie o tym, jaka więź przez te parę godzin utworzyła się pomiędzy mną, a tymi klonami. Jakim wielkim szacunkiem darzę tego Jedi...
     - Ale ja dopiero przyleciałam, zrozum. Daj mi czas do przemyśleń. Do poznania cię na nowo...
     - Vax mówi, że skoro się zastanawiałam, to nie ma czasu do stracenia...
     - Przykro mi...
    - Ty też działałaś pod siłą impulsu, a zaraz miałaś przemyślany plan, jak zabić daną osobę. Pomyśl, że ktoś cię powstrzymuje. Już wiesz, jak się czuję.
     Numa opuściła pomieszczenie.
******* 
[Miesiąc później]
   Tarue usiadła na betonowych schodach. W dłoniach trzymała kubek herbaty. Był koniec dnia, słońce zbliżało się ku horyzontowi. Twi'lekanśkie dzieci uważały tę porę dnia za najlepszą na zabawę. Tara w zamyśleniu wzięła łyk stygnącej herbaty.
    Powodem jej rozmyślań była sytuacja w domu. Vax przyjął ją pod swój dom, a Numa niewiele się odzywała przez pierwszy tydzień. Następne dni mijały w wielu rozmowach, o tym co było i co jest. Numa ukradkiem dawała znaki, że czeka na zgodę w szukaniu Obi-Wana, ale dla Tarue to za wcześnie na tak ryzykowne posunięcie, choć temat przepędzał jej sen z powiek.
    - Czemu siedzisz sama? - przerwała jej Miracla, żona Vax.
    - Myślę nad zaborczą propozycją Numy - odpowiedziała dziewczyna.
  - Ona od tym myśli dość długo. Nie chce cię wykorzystać. Ona chce wam pomóc. Twoje zdolności... przydałyby. Ona ma całkowitą rację.
    - Za szybko zaczęła ten temat. A moje zdolności... zabijanie...
    - Faktycznie skłoniło cię do tego własne przeżycie? - zapytała kobieta.
    - Tak. Pracując w knajpach nie wydostałabym się stamtąd.
    - To nie jest słuszne i sprawiedliwe.
    - Spekulowałabym.
    - Widzisz te dwie dziewczynki, w ogrodzie, bawiące się bańkami mydlanymi? Galaktyka obdarowała je tym darem zanim się urodziły.
- Masz rację. Wiele osób nie mogło sobie pozwolić na taką zabawę. Na przykład Ja.
- Mylisz się. Popatrz na dziewczynkę, która robi bańki. Wkłada plastikowy pierścień na patyku do wąskiego pojemniczka, gdzie znajduje się płyn z wodą, wyciąga go a na pierścieniu pojawia się płaska błona z płynu. Dziecko nabiera powietrze do płuc, podnosi pierścień blisko ust i wydycha je w stronę błony. Bańka rośnie i czasami pęka, a w większości przypadków krąży wolna w powietrzu. Druga dziewczynka wyciąga rączkę, prostuje wskazujący paluszek, dotyka bańki tym samym ją niszcząc. Bańki mydlane są życiem. Matka rodząc wdycha i wypuszcza powietrze. Dziecko się rodzi, czasami umiera przy narodzinach - pęka tuż przy powstaniu, a w większości przypadków rośnie, staje się pełnoletnie, wolne, samodzielne.  A nagle zjawia się morderca i zabija je. Ofiara jest jak bańka dotknięta paluszkiem, takim paluszkiem jesteś TY.

sobota, 3 września 2016

Bańki mydlane

To mój pierwszy post na blogu. Pomysł bloga siedział już dwa lata, ale dopiero parę miesięcy temu się za to wzięłam i nadałam mu nazwę. Trwał jako blog prywatny, parę osób miało dostęp. Istnienie bloga daje mi wenę. Muszę coś pisać w edytorze bloggera, więc...
Pierwszy one-shot, poprawiony. Mam nadzieję, że się spodoba, jak i reszta. Ale... jeżeli chcecie więcej, to proponuję zapoznać się z zakładkami! :3
Zapraszam do czytania!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
   Pamiętasz? Pamiętasz te spokojnie przespane noce? Te cudowne sny albo koszmary, którymi od lat się nie zamartwiasz? Te beztroskie dni, których było tak mało w porównaniu z resztą twojego życia? Beznadziejnie, co? Tak, tak - dalej się nad sobą użalaj, przecież twoje życie jest do dupy, popadniesz w depresję. A wyjdziesz z niej? Zastanów się. Możesz ją okazywać i popadniesz w wielki kanion, bo życie daje ci w dupę. Druga opcja jest następująca: poradzisz sobie z tym sam. Zastanów się  czy na pewno. A wyjdziesz z tego? Będziesz mieć na tyle odwagi, żeby się podnieść ze wskazówkami innych? Czy w ogóle odważysz się zapytać o nakierowane, czy będziesz tak zuchwały, że tego nie zrobisz? Zostaw ten temat i skup się na małej, zielonoskórej dziewczynce rasy Twi'lek, której pierś spokojnie unosiła się i opadła pod kołdrą otulającą jej małe ciałko. Jej usta ułożyły się w delikatny uśmiech odzwierciedlający jej piękne obrazy w główce. Sen... Sen zamykał jej powieki, by ranek je otworzył, a w jej głowie zostawił wspomnienie zwiastujące dobry humor.
      Tarue "Tara" Venice, mała pięcioletnia dziewczynka budząca się sama o świcie rozmyślając jakie by znaleźć sobie zajęcie na nadchodzący dzień. W końcu dobry humor nigdy jej nie opuszczał, a ta cecha znakomicie komponowała się z jej bujną wyobraźnią. Brak innych dzieci w wiosce wcale jej nie doskwierał. Jak na swój młody wiek potrafiła zrozumieć, że rodzice wcale jej nie ukarali, tylko próbowali zapewnić lepsze życie. Może  i "nie miała" dzieciństwa, ale czas jej to wynagrodzi. Tak przynajmniej twierdził jej tata. Tata, który uczył ją czytać, twierdząc, że starsze dzieci od niej jeszcze nie potrafią. Nie można zaprzeczyć, że czuła się dzięki temu bardzo wyjątkowa. Bawiąc się patykiem, również. W kogo się bawiła? W Rycerzy Jedi, naturalnie. Od dzieciństwa mówiono jej o nich, mimo że ojciec przez większość jej życia ich przekonał, to w jej umyśle nadal brzmiały słowa o dawnych obrońcach Republiki. Tata ich chwalił, a w czasach, w których żyła jego córka, podobno niewielu Jedi było tak szlachetnych, jak w Starej Republice.
      Tarue urodziła się 34 BBY na Ryloth, świecie Twi'leków i sama była przedstawicielką tej rasy. Kiedy liczyła sobie dwa miesiące, jej rodzice wynieśli się do miasta Nobot, które, według ojca Tarue, było bardziej opłacalne, a za egzotyczne plony dobrze płacono. Wielu mówiło, że marnują osobie tam życie, że to straszna robota przy sianiu i zbiorach, ad ojciec ich nie słuchał. Ma talent do znajdowania środków dających duże zyski. Wcale się nie pomylił, wszystko wyszło na dobre i już po pierwszych zbiorach mogli sporo zaoszczędzić.
     Dziewczyna przez dwanaście lat żyła w rodzinie, w której nie brakowało grosza, ale dobrze gospodarowano wydatkami, aby w przyszłości dziewczynkom nic nie brakło i w przyszłości były dobrze wykształcone. Zaraz, zaraz - dziewczynom? Kiedy Tarue skończyła siedem lat, na świat przyszła jej młodsza siostra, Numa. Plany ich rodziców nie do końca się udały.
      Pewnego dnia Ryloth została zaatakowana przez Separatystów. W tamten dzień, Tarue licząca sobie  dwanaście lat, uciekła droidom bojowym. Ostatnie co widziała w oczach swojej rodziny to: strach, duma, zawiedzenie. Strach, bo uciekła na własną rękę i nie wiadomo było gdzie chce iść, duma, ponieważ jej się udało, zawiedzenie, bo nie potrafiła zabrać ze sobą Numy. Wiedziała, że mają świadomość, że dla dwunastolatki to niewykonalne zadanie. Już sam fakt, że sama zdołała uciec był czymś imponującym, ale szkoda... szkoda, że Numa musiała trochę cierpieć, ale bardzo przydała się Jedi, o czym Tarue dowiedziała się parę lat później.
******
    Ostre zarośla raniły jej bose stopy, ale bardziej skupiła się na wrzeszczących droidach, które ruszyły za nią w pościg. Słyszała o tych robotach, ponoć były głupie, niezbyt szybkie przez co można je nazwać leniwymi. Ona straszenie szybko biegała. Kochała biegać, czuła się wtedy wolna, a dzięki tej wolności uniknęła śmierci. Niestety - tylko swojej. Wspomnienie o swojej rodzinie powodowało łzy w oczach dziewczynki, które ona usilnie próbowała powstrzymać. Przecież jest silna! Ale... Zostawiła swoich rodziców, ale jest silna! Musi być!
      To zabawne, chciała uciec i pobiegła w stronę najbardziej jej znaną - jej małego świata, a wielkiej tajemnicy, lecz mimo to, zgubiła się. Zgubiła się w najlepiej znanym jej miejscu, na jej planecie. Czemu? Bo ta wojna to wielka zguba, która okrywa swą hańbą wszystkie planety, które dotknie.
     Pobiegła w stronę wzgórza mając nadzieję, że drzewa zapewnią jej jeszcze lepszą kryjówkę, a potem pobiegnie... kto wie? Może ją dopadną i nie postawi już żadnego kroku. Wtem przypomniało jej się, jak działają Jedi. Myślała, jak Jedi, czaiła się, jak Jedi. Jedi są lepsi oś droidów, dlatego uda jej się uciec przed tymi blaszakami.
******
      I pomyśleć, że obiecywała Numie, która wtedy bardzo dobrze rozumiała co się do niej mówi, że jej nie zostawi. A teraz siedzi w mało przytulnym mieszkaniu na planecie Coruscant i pluje sobie w twarz, że zostawiła rodzinę na dłużej, zwłaszcza, że odleciała zaraz po tym, jak inwazja się skończyła. Obiecano jej lepszą przyszłość, a jak to się skończyło? Została podrzucona jakiejś starej kobiecie, która sześć lat później umarła. Isla obdarzyła Tarue miłością babci i nadała dziewczynce przydomek "Tara" twierdząc, że Tarue brzmi nieładnie w przypadku tak "uroczego dziecka".
      Tarue nigdy nie wróciła do domu, na Ryloth. W wieku trzynastu lat znalazła pracę by pomóc babci, ale i tak obydwie nie potrafiły uzbierać na drogi powrót na planetę Twi'leków, a Isla sama bała się zapuszczać się dalej niż w pobliskie ulice, więc nie było mowy o znalezieniu jakiegoś uczciwego pilota, a Tara zawsze była uczona by słuchać starszych i nie buntowała się temu.
      Najgorsza sytuacja finansowa spotkała Islę i Tarue, kiedy Republika przeobraziła się w Imperium. Piętnastoletnia Tarue nie wierzyła w słowa świeżo upieczonego Imperatora - Jedi tacy nie byli. Zawsze pomagali WAR, walczyli dla Republiki i nie podjęli by tak głupiej decyzji. Może uznaliby opinię Tary za ślepą wiarę, ale z wiekiem nauczyła się rozpatrywać wszystko obiektywnie, aby potem mieć dobrze wyrobione i przemyślane zdanie na dany temat. Niestety, nie dzieliła się nim z nikim prócz Isli.
     Mimo braku środków do życia, Isla sprawiła, że osiemnaste urodziny Tarue były wyjątkowe. Tarue po raz pierwszy od wielu lata zjadła tort, zdmuchnęła świeczki i... dostała prezent. Zwykły naszyjnik, jakieś badziewie z bazaru, a dla Tary znaczył więcej niż niezliczona ilość kredytów. Nic nie jest warte więcej niż miłość. Jej urodziny nie tylko dlatego były jedyne w swoim rodzaju. Dwa dni później, Tarue została sama. Isla odeszła śmiercią naturalną i pozostawiła po sobie tylko wspomnienia oraz przyszłość, w której Tarue miała odnaleźć się sama. Dziewczyna postanowiła, że wydostanie się z Coruscant na zawsze. Mimo dobrej opinii, stolica nie dawała jej nic.
******
      Przyczaiła się z karabinem snajperskim. Wychyliła się za murek, wyciągnęła przed siebie karabin i namierzyła swoją ofiarę, po czym nacisnęła spust i pozbawiła Sullustanina życia. Na widok trupa i paniki na ulicach miasta, uśmiechnęła się pod nosem i odetchnęła z ulgą. Kolejna robota zawodowo wykonana i kolejna zapłata w jej rękach. Tak wyglądała dla niej wolność.
      - Co taka śliczna Twi'lekanka robi tu głową trupa?
      - Przyszłam po zapłatę, tej głowy oczekiwałeś, prawda?
      - Kto by pomyślał, że zwykła dziewczyna będzie lepsza od Łowców Nagród...
      - Spryt. Dostanę należne mi kredyty?
      - Przynieść nagrodę!
     Większość Twi'lekanek służyła jako niewolnice, tylko tak mogły przeżyć. To śmieszne, że ponoć jej rasa jest tak delikatna. Tarure cieszyła się, że należy do grupy społecznej, które zapiszą się w dziejach tej parszywej galaktyki. W ciągu dwóch lat zrozumiała, że najlepiej nie brać żadnej ze stron, być odmieńcem, nie interesować się tym co jest dobre, a co złe. Patrzeć na to, która strona więcej daje, ale nie wdrążać się w temat. Nic nie jest bezpieczne, a wybranie któreś ze stron graniczyło ze śmiercią gorszą niż ta, którą może doświadczyć w swojej pracy.
      Słyszała, że bardzo dobrze płacą za znalezienie Jedi, których należy wybić za zdradę, ale nigdy w życiu nie przyjęła podobnej propozycji. Pokonanie Jedi jest niemożliwe, a tylko do nich żywiła jakiś szacunek. W obecnych czasach nie miała nawet gdzie pochować swojej opiekunki, która przez sześć lat gościła Tarue pod swoim dachem, gdzie tu sprawiedliwość?!
     Uśmiechnęła się na wspomnienie swojego pierwszego wykonanego zadania i przyjścia po zapłatę.
     Weszła do obskurnej knajpy, rzuciła parę kredytów barmanowi i skierowała się do wynajętego pokoju, który zamierzała jeszcze tego samego dnia opuścić. Usiadła na łóżku i zaczęła szperać w datapadzie w poszukiwaniu kolejnych informacji o koloniach na swojej rodzinnej planecie. Zadanie na Sullust było jej ostatnim na liście celów, które umożliwiły jej powrót domu z czymś. Chciała skończyć swój zawód. Pragnęła zobaczyć dumę w oczach jej rodziców, nie wstyd za jej poczynanie w galaktyce. Choć rodziców nie widziała od ośmiu lat, była święcie przekonana, że na początku się ucieszą z jej powrotu, ale nie miała wątpliwości, że po poznaniu prawdy... właściwie co zrobią? Rozczarują się? Zezłoszczą? A może to uczucie będzie słabsze od radości i miłości? Na pewno.
      Podczas gdy na datapadzie ładowały się informacje, wstała i zaczęła się pakować. Nie miała przy sobie wielu rzeczy, więc bardzo szybko się pozbierała. Trzymając plecak w lewej dłoni, wyciągnęła prawą aby zebrać ostatnie duperele, ale powiadomienie o pełnych danych oderwało ją od tego zajęcia. Chwyciła ekran, upuściła plecak po czym ponownie usiadła na posłaniu w celu wertowania kolejnych elektronicznych stron informacji, które zdobyła.
     Po parunastu minutach szukania nazwisk i miejsca zamieszkania znalazła jedno z trzech, na których jej bardzo zależało:
      - Numa Venice - przeczytała na głos.
      Wtem dostała sygnał z komunikatora, który zsynchronizowała ze sowim pracodawcom.
     Na jej twarzy zagościła radość. Dotknęła niebieski ekran w miejscu gdzie widniało imię i nazwisko jej siostry.
      - Niedługo się spotkamy.
****
     - Numa, nie. Poczekaj. Patrz - pokazała dziesięciolatka swojej trzyletniej siostrze. Mała Tarue  wzięła na siebie obowiązek nauczenia swojej siostrzyczki pewnych rzeczy. Nikt jej nie kazał, ale uważała, że to słuszne posunięcie. Przecież tak się zachowywała kochana starsza siostra.
      - Diaj - szepnęła malutka wyciągając małą rączkę po zepsutą zabawkę.
      - Chcę ją naprawić - wytłumaczyła starsza.
      - Siama - oświadczyła malutka Numa tupiąc nogą.
     - O, już. Skończyłam. Proszę. - Tarue podała swojej siostrzyczce naprawiony przedmiot. Numa wzięła go do rączki, popatrzyła na niego, odwróciła się i pobiegła parę metrów dalej bawiąc się samotnie nie myśląc o tym, żeby się z kimkolwiek podzielić zabawką.
      Twi'lekańska kobieta patrzyła przez okno w kuchni na swoje dwie pociechy i uśmiechnęła się pod nosem.
****
     Usiadła za sterami swojego nowego statku i rzuciła okiem na przyciski chcąc zapoznać się z możliwościami swej nowej maszyny. Po zapoznaniu się z funkcjami, wystartowała z powierzchni planety. Wklepała dane nawigacyjne, po czym przygotowała się do skoku w nadprzestrzeń. Zapowiadała się długa podróż, podczas której Tara mogła znowu pomyśleć. Próbowała odkopać jakieś wspomnienia związane z siostrą. Siostrą... czemu podczas tych dwóch lat znalazła tylko ją i jej miejsce zamieszkania? Co się stało z jej rodzicami? Czyżby tamta bitwa zabrała ich ze świata żywych? To nie może być prawda! Na pewno żyli, musieli...
      - Tiajue! Pać jakia duzia! - poleciła mała Numa.
     - Wow! Pięknie, siostrzyczko! Mogę teraz ja? - zapytała Tarue wyciągając dłoń po pudełko z wodą i płynem. Numa posłusznie podzieliła się "zabawką" ze swoją starszą siostrą.
      - Źlobiś mji takią duuuuzią? - poprosiła młodsza.
      - Pewnie, dla ciebie wszystko! - oświadczyła dziewczynce Tarue.
      Zamoczyła w wodzie plastikową obrączkę na patyku. Kiedy ją wyjęła, na krawędzi koła pojawiła się błona, a Tarue zaczęła ostrożnie w nią dmuchać. Wiatr ustał, dzięki czemu bańka mydlana mogła swobodnie rosnąć. Oderwała się od plastiku i powędrowała w górę. Po paru chwilach pękła.
      -  Była ciudowna! Dzienki! - krzyknęła Numa i rzuciła się na szyję Tarue.
      Od tamtego dnia, puszczały bańki mydlane każdego dnia. Póki Separatyści nie rozdzieliły sióstr.
****
      Była strasznie śpiąc, ale wytrwała mimo wszystko. Ekscytacja nie pozwoliłyby jej spać, tak strasznie nie mogła się doczekać się spotkania ze swoją siostrą. Niestety, nie miała pięciu lat, tylko trzynaście. Tak wiele czasu minęło od bitwy o Ryloth...
      Kiedy opuściła nadświetlną, zabrakło jej tchu. Przed jej oczami pojawiła się planeta, którą ostatni raz widziała osiem lat wcześniej, kiedy transportowiec zabierał ją na Coruscant, choć nie wiedziała, że stolica Republiki jest celem podróży.
     Poprosiła centralę o zezwolenie na lądowanie. Przeskanowali jej statek, co trochę trwało, ale wreszcie uzyskała zgodę.
      - Dziękuję - przemówiła do komunikatora i skierowała się do wioski na obrzeżach miasta Nabot, po którym już nic nie zostało.
     Wylądowała dwadzieścia metrów od bramy. Miejscowa ludność zebrała się i z zaciekawieniem patrzyła na obcy statek. Tarue wzięła głęboki wdech, otworzyła drzwi i podniosła się z krzesła kierując się w stronę rampy. Twi'lekowie patrzyli na nią zaniepokojeni i zrobili krok w tył, jakby bali się, że coś im zrobi.
      - Kim jesteś? - wyszła jej na przeciw starsza kobieta. Chyba przewodziła tą wioską.
    - Nazywam się Tarue Venice. Mam informację, że moja siostra, Numa, tu mieszka - odpowiedziała z nadzieją.
    - Tarue! - krzyknął jakiś Twi'lek o pomarańczowej skórze. Poznała go. To ich sąsiad, Vax. Przyjaźnił się z jej ojcem - Wróciłaś, dziecko!
      Podbiegł do niej i przytulił.
      - Gdzie Numa? - zapytała ze świeczkami w oczach.
      - Mieszka u nas - poinformował ją.
      - A co z rodzicami? - zdziwiła się.
    - Może najpierw zobacz Numę. Potem będziecie rozmawiać - polecił Vax i zaprowadził ją do centrum wioski. W czasie drogi zapytał o jej zdrowie, życie, a nawet poczęstował ją jej ulubionym owocem z dawnych lat. Podeszli do glinianego domu. Vax otworzył drewniane drzwi.
      Przy stole siedziała trzynastoletnia Twi'lekanka.
      - Numa - przywołał dziewczynę. Od razu spojrzała na niego, ale jej wzrok szybko powędrował w stronę nieznajomej.
      - Taure wróciła.